«Namiętność»

- 4 -

W całym dorosłym życiu nikt nigdy w ten sposób nie śmiał się do niej zwrócić. Urwała zaskoczona i z wysiłkiem powstrzymała potok słów, które cisnęły się jej na usta. Nieznajomy splótł ramiona na muskularnej piersi, oparł się o drzwi i patrzył na nią. W świetle wiszącej w korytarzu lampy jego rzęsy rzucały na policzki długi cień.

Mimo woli Amanda pomyślała, że pani Bradshaw wykazała się doskonałym gustem. Przysłany mężczyzna był zaskakująco zadbany i wyglądał zamożnie. Ubrany był modnie, ale z klasyczną elegancją, w czarny surdut i ciemnoszare spodnie, a czarne buty miał wypolerowane do połysku. Wykrochmalona koszula wydawała się śnieżnobiała przy ogorzałej cerze; fular z szarego jedwabiu był zawiązany w nieskazitelny węzeł. Gdyby jeszcze przed chwilą ktoś kazał Amandzie opisać ideał mężczyzny, powiedziałaby, że to blondyn o jasnej karnacji i delikatnej budowie. Teraz musiała całkowicie zmienić zdanie. Żaden płowowłosy Apollo nie mógł się równać z tym rosłym, krzepkim, wyjątkowo przystojnym mężczyzną.

– Panna Amanda Briars – powiedział, jakby oczekiwał potwierdzenia swoich słów. – Pisarka.

– Tak, piszę powieści – odrzekła z wymuszoną cierpliwością. – A pana na moją prośbę przysłała tu pani Bradshaw, tak?

– Zdaje się, że tak – odparł wolno.

– Proszę o wybaczenie, panie… Nie, nie, niech pan nic nie mówi. Jak już wyjaśniłam, popełniłam błąd, więc proszę stąd odejść. Oczywiście zapłacę za usługę, chociaż nie zamierzam z niej skorzystać. Nie wykonał jej pan wyłącznie z mojej winy. Proszę mi tylko powiedzieć, ile wynosi stawka, a natychmiast załatwimy tę sprawę.

Nieznajomy patrzył na nią i wyraz jego twarzy powoli zaczął się zmieniać. Zaskoczenie ustępowało miejsca fascynacji. Niebieskie oczy błyszczały z rozbawieniem, przyprawiając Amandę o coraz większe zdenerwowanie.

– A o jakie usługi dokładnie chodziło? – zapytał łagodnie i podszedł bliżej. – Obawiam się, że nie omówiłem z panią Bradshaw szczegółów.

- 4 -